Rolex

3 Marzec, 2008

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN (2)

Filed under: salon24 — Rolex @ 12:46 UTC
Tags:

Poprzedni odcinek

Nie wszyscy berlińczycy lubią Kufurstendamm. W każdym razie, niektórzy Berlińczycy niekiedy jej nie lubią. Młody oficer w galowym mundurze Abwehry, na przykład, miał szczególne powody, żeby właśnie tego dnia nie lubić jej szczególnie silnie. Pośród obfitości państwowych urzędów przy Kufurstendamm znajdowała się również Kancelaria Rzeszy, do której został wezwany w trybie pilnym w sposób dość obcesowy: natarczywy dzwonek do drzwi zerwał go o piątej rano, a posłaniec o surowym wyglądzie przepytał go ze znajomości danych osobowych, po czym wręczył tabakową kopertę zaadresowaną na jego imię i nazwisko. Hologram z literami KRZ nie pozostawiał żadnych wątpliwości co do nadawcy. W środku koperty znajdowało się urzędowe pismo, które oficer, stojący w pośpiesznie narzuconej na pidżamę bluzie munduru, uważnie przestudiował. Skutkiem tych studiów nabył wiedzę o tym, że musi stawić się osobiście w Kancelarii, w gabinecie samego Reichsleitera Martina Bormanna, o godzinie dwunastej piętnaście. Nie był tchórzem, jednak wizyty na tak wysokim szczeblu nie przytrafiają się często oficerom Abwehry w stopniu kapitana, choćby nawet byli pupilami samego admirała Canarisa, dlatego też, mimo usilnych prób rozluźnienia się, pozostawał spięty, a przez głowę przelatywały mu najprzeróżniejsze przypuszczenia. Ciągle miał jeszcze sporo czasu. Nie za bardzo mógł usiedzieć w domu, wyszedł więc o dziesiątej, dużo za wcześnie. Szedł wolno, jak człowiek na urlopie, starając się zapanować nad lękiem. Przyglądał się ciekawie sklepowym wystawom, bo pozwalało mu to na chwilę zapomnieć o niefortunnym położeniu, w którym się znalazł. Najdłużej stał przed sklepem z galanterią, w oknie wystawowym którego stał przezabawny ręcznie malowany karuzel – eksponat chyba z ubiegłego wieku. Drewniane koniki obracały się na wysięgnikach płynnym ruchem to wzbijając się ponad wysokość słupa, to opadając kopytami niemalże do samego podłoża. Kiedy się tak przyglądał falującemu ruchowi zabawki, jego twarz o słowiańskiej urodzie (która sprawiała mu trochę kłopotu w szkole oficerskiej i nie pomagała w awansie, choć ten typ antropologiczny – blondyna o bujnej czuprynie i miękkich rysach twarzy – spotykało się nierzadko w Prusach, gdzie się urodził), przybrała wyraz dziecięcego nieomal zachwytu. Oczarowanie wnet jednak znikło z jego oblicza, przełamane cieniem smutku. Młody oficer zasępił się przypominając sobie znów o celu swojej pielgrzymki. Hans Kloss, bo tak nazywał się ten młody oficer Abwehry, z trudem oderwał wzrok od sklepowej wystawy i gotując się na najgorsze ruszył na spotkanie ze swoim przeznaczeniem. Spojrzał na zegarek – było tuż przed dwunastą – i odruchowo wygładził mundur poprawiając położenie baretek odznaczeń. Kloss wiedział, że jego służba nie należy do najbezpieczniejszych na świecie. Nie był naiwny, miał jasną świadomość, że wcześniej czy później go dopadną, choćby nie wiadomo jak precyzyjnie zacierał za sobą ślady, kluczył, gubił ogony chłopców z Gestapo, choćby nie wiadomo jak bardzo starał się być sprytny. Poza tym nie miał dobrego dnia. Za dużo wypił poprzedniego wieczoru i męczący kac pozbawiał go resztek kurażu.

(more…)

2 Marzec, 2008

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN

Filed under: salon24 — Rolex @ 18:19 UTC
Tags:

I. ICH HAB‘ NOCH EINEN KOFFER IM BERLIN

Pałac Hohenzollernów ocieniały królewskie dęby sadzone być może jaśnie wielmożną ręką Jego Królewskiej Mości Fryderyka Wielkiego. Podobnie jest dzisiaj, tylko dębów jest mniej: cztery najdostojniejsze, niedługo po tym jak rozegrały się wydarzenia opisane w tej książce, zmiotła nieubłagana aliancka bomba burząca. Były to bowiem czasy, w których bomby, nawet alianckie, nie kierowane były sztuczną inteligencją pozwalającą na burzenie tylko obiektów wrogich a pozostawianie przy istnieniu obiektów obojętnych i przyjaznych bombardującym, jak to jest współcześnie. I tylko z tego powodu berlińska Katedra wygląda dzisiaj tak jak wygląda: pożałowania godne szczątki dostojnej niegdyś świątyni przesłania beznadziejna w swym kształcie betonowa wieża, wkoło której krążą upiornie jednostajnym rytmem podejrzane indywidua różnych ras i narodów. W tej nieodległej przeszłości, o której opowiadamy, Katedra stała jak powinna, wznosząc się majestatycznie nad dworcem Zoo a wspomniane indywidua nie śmiały krążyć gdziekolwiek bądź, w obawie, aby nie znaleźć się w trybie nagłym w obozie pracy.

(more…)

Blog na WordPress.com.