Rolex

28 Sierpień, 2008

ŻIGOLAKI W CYRKU Z MISIEM

Ktoś wymyslił kiedyś pojęcie macdonaldyzacji, mając na myśli swoiste egalitaryzowanie się kuchni całego świata pod wpływem anglosaskiego przeboju, jakim stały się: bułka, wkład mięsopodobny i frytki. Czy zastapienie ziemniaków ze skwarkami frytkami z bułką i wyrobem mięsopodobnym oznacza rzeczywisty upadek obyczajów kulinarnych nie wiem (pewnie tak), ale przywołany termin o wiele trafniej oddaje inne zjawisko. Podobnie jak swojskie jadło zostało zastąpione przez fast foody, tak i politycy z gminu, beneficjenci procesów egalitaryzacyjnych, zostają z wolna wypierani przez polityczne kukły, takie polit-donaldy.

Polit-Donald charakteryzuje się gładką gadką na każdy temat i tym, że nie potrafi podjąć jakiejkolwiek sensownej decyzji wtedy, kiedy trzeba ją podjąć. Poli-donaldyzacja ma swój początek w wizjach niejakiego Fukuyamy, który obwieścił koniec historii. Po końcu historii wszyscy mieli zająć się konsumpcją. Rzecz jasna konsumenci, graniczący z innymi obszarami konsumenckimi, wyznaczanymi przez zasięg spedycji, nie mieli się troszczyć o nic więcej, tylko o spokój.

Nerwowy przywódca wpływałby w oczywisty sposób niekorzystnie na trawienie, dlatego wspólnoty post-polityczne potrzebowały post-polityków zmacdonaldyzowanych.

Wszystko byłoby cacy, gdyby Fukuyama miał rację. Ale nie miał. I dlatego na ekranach telewizorów oglądamy te wszystkie potomkinie pokojówek i kucharek, w otoczeniu spadkobierców handlarzy drobiem, w sekwencjach min i grymasów zatytułowanych: „cuś pierdyknęło w kurnik”.

A jak „cuś” pierdyknie to rzecz jasna trzeba się zebrać. Samemu cięzko coś sądzić, albo i nie sądzić, a we „wpietnastu” coś się wymodzi, na przykład: „nie wiadomo o co chodzi, przepraszam, pardon damen und herren, za rym z Częstochowy.

Problem jest tylko taki, że od zjazdu żigolaków zależy, czy przyszły Schmidt, Kowalski lub Havranek będzie w urzędzie wymagał, czy bedzie tłuczony po mordzie. Tak w nieuprawnionym skrócie, ale ku chwale zwięzłości, czytelnik inteligentny, to sobie dośpiewa.

„W zimie nie bedzie gazu!” krzyczą co bardziej płochliwe Kowalskie, Schmidty i Havranki, a żigolactwo piecze za uszami, bo co tu zrobić, jak rzeczywiście nie będzie, a wybory już za lat pięć, cztery, trzy, dwa, za miesiąc?

Polityk gminny sprzed ery macddonaldyzacji powiedziałby pewnie, że nie będzie, to nie będzie, przez parę tysięcy lat nie było i ludzi przybywało, więc pewnie i teraz dużo nie ubedzie, a są rzeczy ważniejsze niż gaz i ropa (NAPRAWDĘ TAK SĄDZĘ).

A jak się chce ropę i gaz mieć, to trzeba wyłożyć kasę na rurę i zmobilizować żołnierza, żeby jej pilnowało.

Albo pobudować porty i ciagnąć tankowcami. Będzie drożej? Trudno, to jeszcze nie epidemia dżumy.

A wszystkim, którzy wskazującym od lat na zagrożenia związane z uzależnianiem się surowcowym zarzucali rusofobie, na domach, na mocy specjalnej uchwały, kazać pozawieszać tabliczki czerwone ze słowem BARAN (koniecznie białą farbą). Ewentualnie: AGENT, ale wtedy dodatkowo wieszać gospodarza wraz z tabliczką.

Przodkowie tych, u których protoplaści żigolaków byli na służbie, podbili cały świat. I wszędzie, gdzie się pojawili, oprócz śladów podboju, pozostawiali uniwersytety. I są tam do dzisiaj. Nawet w Kampuczy, Sydney i Mexico City. A ropa była wtedy po… Cholera, po ile była wtedy ropa? A gaz?

Więc cieszy mnie, że wśród grona ciepłych „fairies” (faceci o zwiędłych ruchach), do kurnika trafionego piorunem pojedzie też kilku takich, którzy uważają, że czasami warto obsobaczyć kogoś od góry do dołu, bo to mu tylko pomoże w zrozumieniu.

Tych kilku zazwyczaj nie cieszy się szacunkiem tubylców w swoich krajach. Zdecydowanie przepadliby bowiem w eliminacjach do Big Brothera, a w Idolu nie dostaliby się nawet na poziom eliminacji.

Rzecz jasna, żigolakom ich obecność przeszkadza. Zanosi się wszak na to, że zupełnie zepsują imprezę, na której tradycyjnie możnaby pojeść i popić, a i zakończyć oświadczeniem, że smok wprawdzie pożera dziewice, ale jak mu się ich odmówi, to może zacząć zjadać mniejszości seksualne, a to dopiero byłoby „fe”.

A jeśli, zgodnie z beznadziejnie nielogiczną zasadą większości (zamiast autorytetu), nie uda się wspólnego, stanowczego stanowiska wypracować, to bedziemy o krok wprzód w realizacji projektu wspólnej Europy.

Tak, tak właśnie sądzę. Bedzie to bowiem znak, że Europa w dającej się przewidzieć perspektywie się rozrośnie. Od Atlantyku po Sachalin.

I równiusieńkie bloczko-baraczki pokryją nową Europę od krańca do krańca. A żigolaki w nagrodę bedą wystepowali w cyrku z misiem. Rosyjskim.

Pozdrawiam

Reklamy

6 Sierpień, 2008

TURAŃSKI PERSONEL, BRAK DIAGNOZY, BOLSZEWICY, FASZYŚCI I METABZDURY

Filed under: salon24 — Rolex @ 9:54 UTC
Tags: , , , ,

Natrafiłem w Salonie na tekst Gniewomira, wszystkim nam znanego admina, w którym skarży się na trudności, jakie napotyka na drodze dalszego doskonalenia się w autidentyfikacji politycznej. Słusznie zauważa wzrost agresji w debacie publicznej, niesłusznie nazywa debatę publiczną polityczną, bo o ile w Polsce uprawia się publicystykę polityczną (niezłą), teoretyzuje się politycznie (średnio), to polityki samej w sobie nie prowadzi się wcale.

Do prowadzenia polityki potrzebny jest naród polityczny, a istnienie takiego jest możliwe przy założeniu pewnego Corpus wspólnego rozumienia spraw zasadniczych oraz elementów zbiorowej pamięci, jako że nie można tworzyć nic świadomie działajacego w czasie, jesli się cierpi na amnezję.

W Polsce są tacy przykładowo, którzy uważają, że w drugiej połowie lat czterdziestych toczyła się w Polsce wojna domowa, co spotyka się z protestem innych, którzy twierdzą, że w owym czasie hordy azjatów tropiły i tepiły przy pomocy swoich polskojezycznych przewodników i najmitów resztki armii pokonanego państwa polskiego. Nie mogę nie udawać, że ten drugi opis mnie osobiście wydaje się trafniej oddającym rzeczywistośc, bo do istnienia wojny domowej potrzebni są domownicy, a w akcji pacyfikacyjnej nie widzę domowników po stronie pacyfikującej, niemniej nie o moja opinię tu chodzi, ale o wykazanie faktu nieporozumienia co do rzeczy podstawowych.

Ten brak zdarza się czasami zakrywać sloganem o pluralizmie poglądów, ale to zabieg nieskuteczny, a własciwie utrwalający chaos, bo wyobraźmy sobie podobną niezborność poglądów w jakiejś innej społeczności. Gdyby wiekszość mieszkańców Kraju Związkowego Bawarii uważała, że od lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku żyje pod butem pruskiej okupacji, to być może istniałyby Niemcy w dzisiejszych granicach, ale nie byałaby to zdecydowanie republika, i raczej nie federalna. Gdyby wiekszość obywateli NRD uważała wkroczenie Armii Czerwonej za wyzwolenie z łap nazistów i z kapitalistycznego wyzysku, a wycofanie Armii Czerwonej za groźbę powrótu w łapy i ponownego popadnięcia w wyzysk, istniałyby dwa państwa niemieckie.

I jesli odrzucałbym tezę o wojnie domowej toczonej w Polsce w drugiej połowie lat czterdziestych, to podjąłbym się obrony tezy, że toczy się ona dzisiaj. Dzisiaj mamy „w domu” conajmniej dwa narody polityczne. To że nie toczy się ona na polach bitew, zawdzięczamy wyrżnięciu elit wojskowych jednej wspólnoty i pozbawieniu siły wojskowej drugiej wspólnoty w drodze opuszczenia eszelonami w kierunku: Moskwa. Wobec zamarłej tradycji z jednej strony i fizycznego braku bagnetów z drugiej, wojna przyjeła charakter wojny maglanej, pojedynku eunuchów z całym arsenałem plwań, przekleństw, płaczu, dąsów i co tam się jeszcze może zdarzyć. Temu wszystkiemu towarzyszy niezrozumienie celu, a całość sprowadza się do zażartej bitwy o własny życiorys (nie donosiłem, donosiłem, ale nie szkodziłem, jeśli szkodziłem , to nieświadomie, a jesli świadomie, to nie za pieniądze, a jesli za pieniądze, to takie były realia, a poza tym to była moja forma walki).

Społeczność to kosmion rozświetlony od wewnątrz znaczeniami” pisał poetycko Eric Voegelin. Coś co bryzga hasłami, które zdają się nie mieć nawet desygnatów, to już nie kosmion, ale magiel właśnie.

Ale co z tą polityką, której nie ma? zapyta ktoś przytomnie. Ano nie ma, wobec braku narodu politycznego. A co jest? Jest dynamiczny etap dążenia do ustanowienia oligarchii zawłaszczającej magiel, przy czym nie jest jeszcze przesądzone, której z grup dane będzie cel osiągnąć.

Grupy oligarchiczne nie uprawiają polityki w sensie klasycznym (rozumna troska o dobro wspólne). Grupy oligarchiczne walczą o własny, możliwy do osiągnięcia interes. W ich mentalnej perspektywie (to wynika z pochodzenia i doświadczeń historycznych) nie mieści się, by można było uprawiać walkę o władzę bez oparcia się o czynnik zewnetrzny. Z dwóch powodów. „Azjaci” nigdy nie mieli doświadczenia sprawowania władzy suwerennej, a jedynie wykonywanie namiestnictwa, ethosowcy (że tak ich nazwę) żyją w cieniu hekatomby Września, Powstania Warszawskiego, stalinizmu. To ludzie naznaczeni klęską. Potrafią trwać, aż do śmierci w okopach spraw przegranych; nie potrafią zwyciężać.

Mamy w Polsce współczesnej partie dwie. Pierwsza to partia, którą nazwałem azjatycką, ale precyzyjniej warto by ją być może nazwać partią surowcową. To partia realizująca swoje partykularne interesy w oparciu o realny byt polityczny – Rosję Putina i – w dalszej perspektywie – antyamerykański projekt europejski.

Druga partia to partia CIA – realizująca swoją wizję równowagi pomiędzy Niemcami a Rosją dzieki sojuszowi ze Stanami Zjednoczonymi, wychodząc ze słusznego skądinnąd wniosku, że sojusze z ciocią Andzią i ciocią Franią mają niewielki sens militarno-polityczny.

W tym momencie rozważań najczęściej pojawiają się głosy krytyczne, a linię tej krytyki można by przedstwaić w skrócie tak: wszystko to przebrzmiałe myślenie dziewiętnastowiecznej polityki, w czasach globalizacji myśli się zupełnie inaczej.

Otóż, dawno polityka nie przypominała bardziej tej przed-dziewiętnastowiecznej, jak to jest dzisiaj; to dziewiętnastowieczna była bardziej globalna niż dzisiejsza.

W XIX wieku CAŁY glob został podbity bądź uzależniony od kilku kultur cywilizacji europejskiej, która narzuciła swój język, naukę, religię, system szkolnictwa, medycynę, sztukę i coca colę w dalszej kolejności. Świat XIX wieku był światem najbardziej jednolitym w dziejach! Przestał być jednolity, kiedy na arenie dziejów pojawiła się Sowiecka Rosja – turański, azjatycki twór powstały na gruzach powierzchownie zokcydentalizowanej Rosji. W wyniku wielkiego starcia i wzajemnego osłabienia, a wieksze części głobu usamodzielniły się odtwarzając obaszary bądź plemiennego chaosu bądź tworząc nowe europejskie (w formie) potegi.

Dzisiaj liczące się kraje podejmują NA NOWO proces kolonizacji. Niemcy kolonizują Bałkany i Europę Środkowo-Wschodnią pod sztandarem Unii Europejskiej, Amerykanie przejmują schedę po Brytyjczykach na Bliskim Wschodzie, Rosjanie planują tym razem skuteczny desant na Europę przy pomocy gazu, ropy, a ostatnio żywności, a my…

No własnie. My siedzimy w maglu.

A każda z grup, niezdolna do fizycznego wyeliminowania przeciwnika, stara się uchwycić przyczółki i dotrwać do rozstrzygnięć, które zapadną w walcę pomiędzy prawdziwymi graczami. Każda liczy na taką odmianę światowej koniunktury, która przyniesie zwycięstwo koniowi, na którego postawiła i poddaństwo właścicielowi konia.

To prawda, uważam rząd Kaczyńskiego za jeden z pierwszych, który podjął się wyartykułowania tez, innych niż mniejszy lub większy stopień klientelizmu wobec tandemu Rosja – Niemcy. Za cenę klientelizmu wobec Ameryki. W oparciu o tę relację starał się zbudować antyrosyjski (i antyniemiecki) wał ochronny stworzony z państwa małych i średnich, bliższych i dalszych.

Tyle, że NIC z tego nie wyszło.

Więc pozostaje nam czekać na zmienne obroty kół fortuny.

Rzecz jasna, do uczestnictwa w debacie publicznej potrzebne są dwie rzeczy: świadomość i właściwe rozpoznanie, co się dzieje oraz:

dokonanie wyboru w ramach alternatywy, która jest dana.

Z punktu widzenia czystego biznesu wieksze szanse ma partia gazpromu. Niemniej, nie samych chlebem, a zwycięstwo tej partii niesie ze sobą zagrożenia cywilizacyjne.

Sprowadzając rzecz do obrazka, wybieramy pomiedzy walonkami, wódką w szklankach, słoniną i tłuczeniem po mordzie, a coca colą, hamburgerem, hollywoodem i protekcjonalnym poklepywaniem po plecach.

Pozdro

Następna strona »

Blog na WordPress.com.