Rolex

2 Sierpień, 2007

DWUDOMNOŚĆ

Filed under: Polska — Rolex @ 17:23 UTC
Tags: , ,

Pierwszy raz piszę o Polsce jako emigrant. Głównie dlatego, że irytują mnie polscy emigranci piszący o Polsce. Często z poczuciem wyższości – „Bo my tu w normalnym kraju…” Barany, bo jak byli w kraju (albo gdyby byli) to pewnie nie wnieśliby i tak nic ożywczego, a swój (większy lub mniejszy) sukces i stabilizacje zawdzięczają gościnności OBCYCH.

Z drugiej strony życie poza Polską powoduje pewną zmianę perspektywy. Im dłużej na uchodźctwie, tym wyraźniejszą. Nadchodzi taki etap, kiedy wysiada człowiek z samolotu w Warszawie/Krakowie/Gdańsku czy Łodzi i myśli: „No tak, znowu w domu..” dowiadując się od pani w przylotniskowych sklepie, żeby nie właził, chociaż otwarte: „Nie widzi, że podłogę umyłam! Poczeka pinć minut, aż wyschnie!” A kiedy wraca na dobrowolne „wygnanie” po kilku dniach też przez głowę przelatuje: „Nareszcie w domu!”, bo wszystko oswojone; Steven otwiera swój pub i pomacha ręką na powitanie, sąsiadka-emerytka zapyta przez płot o podróż i zaproponuje kawę w jej wypolerowanym na wysoki połysk ogródku, słowem: dwudomność!

Pytanie, czy taka perspektywa coś wnosi? Czy – z punktu widzenia Polski, jako wspólnej sprawy – jest użyteczna i pozwala dostrzeć coś więcej dzięki dystansowi? Sam nie wiem, ale postanowiłem przekazać krótką relację; sami państwo zdecydujcie.

Kraków-Balice. Przyglądam się grupie, którą podjąłem się towarzysko opiekować. Żadnych szczególnych reakcji, co odnotowuję z zadowoleniem. Port jak port. Chyba schludniejszy niż Luton czy Gatwick. Europejski standard słowem. Do peronu kolejki wleczemy się wolno zakrętasem. Peron mnie rozśmiesza, bo galicyjski bardzo. Międzynarodowe lotnisko, a tu budka z daszkiem jak na przystanku tramwajowym. Ale pociąg zaskakuje na duży plus. Klimatyzowany, czysty i nowoczesny wagonik wlecze się na Dworzec Główny w sennym tempie. Jak to w kraju obsługuje go dwóch ludzi. Maszynista i kierownik pociągu. Jak koleje pokrywają pensje aż dwóch operatorów w wagoniku na jakieś pięćdziesiąt osób nie wiem, ale jak to w Galicji (co im po Austro-Węgrzech zostało) urzędnik musi być, bo to nadaje biegowi wagonika ważność i dostojeństwo.

Hotel blisko Rynku i przyzwoity, obsługa kilkujęzyczna – mogę być dumny. Idziemy na Rynek. Obserwuję z satysfakcją opadające szczęki. Nie oszukujmy się – dla większości Brytyjczyków (a wiekszość kończy 6 klas szkoły – nawet pomocniczy personel medyczny) Polska nieodmiennie kojarzy się ze srogim mrozem, białymi nocami i niedźwiedziem. Na ten stereotyp nakłada się dodatkowo drugi – kraju byłego bloku komunistycznego – blokowiska, druty kolczaste, beton i baraki.

Lekarze trzymają fason i nie reagują żywiołowo, za to „nursy” pieją i gestykulują jakby właśnie dowiedziały się, że nie trzeba się bać i zza rogu nie wyjedzie drewniany wóz zaprzężony w woły. Tu uwaga na marginesie: ilekroć w Polsce są wybory, tylekroć w prasie umieszca się zdjęcie okutanej w chustę babinki wrzucającej kartkę wyborczą do pomalowanej na biało urny. Babinka „wystepuje” zresztą przy okazji wszystkich wyborów we Wschodniej Europie, czy to Rumunia, Polska, Węgry, czy Chorwacja. A żeby było jeszcze śmieszniej: w miasteczku w którym mieszkam w East Anglia łatwiej o babcię w chustce na głowie niż w Polskim mieście z którego pochodzę.

Drugi dzień: Wieliczka – Brytyjczycy mają wielki szacunek wobec techniki, konstrukcji i wszelkich prac wymagających umiejetności inżynierskich, więc to strzał w przysłowiową „dziesiątkę”. Niedość, że działa to jeszce od setek lat!

Obiad w Wieliczce fantastyczny (restauracja Vabank koło kościoła – polecam!). Nie mówię, że w Krakowie inaczej, ale krakowscy restauratorzy poszli trochę w kierunku masowej obsługi turystów i pierogów ręcznie już nie lepią. W Wieliczce jeden zgrzyt – pani przy stoisku ze słodyczami „obsztorcowuje” „naszą” Angielkę za nieznajomość polskiego. Dziewczyna bliska płaczu więc rzucam się na ratunek, żeby usłyszeć: „Przecie jej czy (po polsku: „trzy”) razy tłumaczę, że cztery pięćdziesiąt!”

Czwartego dnia wycieczka zwiedza Kazimierz, lata po sklepach nabywając słodycze i pamiątki, panie recepcjonistki kupują dodatkowo po kilo polskiej kiełbasy dla mężów. Nareszcie biorą kurs powrotny. Zostaję z Paulem, z którym mamy zamiar pojechać do Gdańska. Historii z Gdańska opowiadał nie będę, bo do zapisków wrażeń obcojęzycznych turystów wiele nie wnosi, jako że Paul w Polsce po raz dwudziesty i wykazuje generalnie „zero zdziwień”. No może ożywił się w nocnym pociągu relacji Kraków – Hel, kiedy to korytarzem najpierw przeszedł pan wołając gromko: „Piwo! Piwo Jasne pełne!”, które nabyliśmy, a zaraz za nim (mając go w zasięgu wzroku i słuchu) dwóch tępawo wyglądających SOKistów starających się wlepić mandat każdemu, kto je dopiero co nabył (kooperacja?). Ignorujemy ich zabiegi w stosunku do nas, chociaż starają się wyglądać groźnie. Pouczenie kwitujemy wzruszeniem ramion, a na żądanie podania danych osobowych przedstawiamy chętnie nasze niepolskie adresy, co powoduje u umundurowanych wyraźny spadek zainteresowania. Zostawiają nas w poszukiwaniu łatwiejszego łupu.

Polskie wybrzeże zatłoczone; plaże zapchane od wydm po fale; wzruszają mnie sztuczne palmy w Karwi i „Kaszubska Karczma” serwująca kurczaka z rożna, frytki i hamburgery. W Jastrzębiej Górze jest dla odmiany „Kredens” i oprócz przyzwoitego jadła można oglądnąć reprinty przedwojennych gazet z artykułami o Marszałku wizytującym uzdrowisko. Miejscowy taksówkarz tłumaczy sanacyjne pochodzenie drogi Władysławowo – Jastrzębia, wyłożonej bazaltową, śliską kostką i już możemy pakować się w pociąg do Wrzeszcza, skąd dzisięć minut na lotnisko. W pociągu powraca PRL. Konduktorka sprawdza bilety. Miła pani w średnim wieku, raczej uprzejma. W korytarzu napotyka na wracającą z urlopu rodzinę (pociąg relacji Hel-Warszawa, ale nie przesądzam). Dowodzi ojciec – facet z brzuszkiem i wąsikiem, w adidasach i krótkich spodenkach. Prosi konduktorkę o znalezienie miejsca dla niego i jego rodziny. Ta posłusznie zagląda do przedziałów po czym informuje, że będą musieli siedzieć osobno, bo w każdym z przedziałów jest po jednym, dwa wolne miejsca. Facet odwraca się i wrzeszczy na cały wagon wzbudzając zadowolenie na twarzy swojej pokaźnej blondyny z makijażem z lat siedemdziesiątych i dwóch nastoletnich dresiarzy, których zdążył był niestety niewychować” „To ja ci k… pokaże jak tylko dojedziemy do Warszawy! Z pracy na pysk wylecisz, albo na szmacie będziesz jeździć przez miesiąc, k… jedna!”

Ponieważ chamstwo (i chyba tylko ono) wywołuje we mnie natychmiastowy napad agresji włączam się korzystając z czasu kiedy nabiera powietrza w płuca i informuję, że w razie gdyby pani konduktorka miała jakiekolwiek kłopoty z jego strony zaświadczę, że byłem świadkiem publicznego jej lżenia, a jest to przestępstwo wyczerpujące znamiona czynu zabronionego z art… w związku z art… (tu zmyślam, bo skąd mam pamietać?), ścigane z oskarżenia prywatnego, a zagrożone karą ograniczenia bądź pozbawienia wolności oraz grzywną (proszę prawników o nie korygowanie – mam świadomość, że moja znajomość polskiego prawa karnego jest marna, chociaż skuteczna towarzysko). Facet ma twarz zbitego kundla. Sieroty po PRLu zachowują się zawsze tak samo. Jak nie jest pewien, czy zaraz nie dostanie w łeb (czy to w przenośni, czy dosłownie) mięknie. Cała czwórka zmyka do następnego wagonu, a pani konduktorka dziękuje, choć filozoficzne zauważa: „Pan się niepotrzebnie angażował, ja mam cztery takie bale co noc”.

Na lotnisku, jak to na lotnisku wciąż schludnie, chociaż sklepy pozamykane na głucho ze względu na porę. Po drodze zabieramy z Wrzeszcza dwójkę bezradnie wyglądających, nastoletnich Londyńczyków. Spędzali urlop nad polskim morzem, chyba w Jastarni (na Półwyspie w każdym razie). Wycieczkę organizowała im koleżanka – Polka z Ealingu. Wyrażam żal, że koleżanka nie powiedziała im, że nad polskim morzem leży piękne, historyczne i bogate miasto Gdańsk, składające się wraz z równie wartymi uwagi: Gdynią i Sopotem na Trójmiasto, które można było przy okazji zobaczyć. „Next time” pocieszają mnie. Czekamy na samolot i rozmawiamy o polskiej specyfice. ‚Wiesz” mówi nastoletnia Sam – „Polacy potrafią być bardzo nieuprzejmi, nawet jeśli chcą ci coś sprzedać. Z drugiej strony są bardzo uczynni i serdeczni. W UK nieuprzejmość urzędnika, sprzedawcy czy obsługi kolei jest nie do pomyślenia…”

Po krótkich rozważaniach o różnicach kulturowych proponuję alternatywną formułę: „Anglicy są hipokrytami, bo interesują się tobą tylko jeśli mają w tym interes. Ponieważ angielskie życie to biznes w 90% więc wszyscy są uprzejmi notorycznie. Polacy są z zasady nieuprzejmi. Są również z zasadny uczynni i serdeczni. I w pierwszym i drugim przypadku bezinteresownie.” Śmiejemy się z uzgodnionego kompromisu. Chcę im jeszcze opowiedzieć o okupacji, powstaniu, pięćdziesięciu latach rządów Szmaciaków, ale rezygnuję. Cała trójka i tak już ziewa na potęgę, więc mam świdomość, że zostanie im kiełbie we łbie i piąte przez dziesiąte. A niech tam!

komentarze (42)

Reklamy

1 komentarz »

  1. […] To be continued DWUDOMNOŚĆ « Rolex […]

    Pingback - autor: Wszystkie drogi prowadzą do kanonizacji Magdalenki 2 « Wychodźstwo — 15 Sierpień, 2008 @ 18:08 UTC | Odpowiedz


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: