Rolex

4 wrzesień, 2008

DYPLOMACJA DOMOROSŁA I TA BEZDOMNA

Pan dr Wielomski skarży się w swoim kolejnym już tekście (http://adamwielomski.salon24.pl/91660,index.html) na “wrzucanie” go do wora z narodowym zaprzaństwem zmieszanym z brzęczącymi rublami, nie unikając jednocześnie innej generalizacji poprzez okreslenie wszystkich, którzy nie podziwiają jego rad geopolitycznych do grona “domorosłych dyplomatów”, co ma być synonimem słów “niekompetentny” bądź “niefachowy”.

Pozwolę sobie jednak zwrócić uwagę, że o ile kształcony w domu lekarz mógłby być zagrożeniem dla swoich pacjentów, o tyle wyrosły w domu dyplomata niekoniecznie musi kojarzyć się źle, bo dyplomację prowadzi się wszak w interesie domu swojego wobec domów obcych.

I muszę w tym miejscu dr Wielomskiego zapewnić, że zaliczam go również do grona “dyplomatów domorosłych” nie zarzucając służby domom obcym, a jedynie błędne (bo ahistoryczne) analizy prowadzące do równie błędnych wniosków.

Pan Doktor postuluje oparcie się w polityce zagranicznej na związku z Rosją, co – jego zdaniem – miałoby mieć zbawienny skutek w postaci spokojnego czerpania z rosyjskich zasobów surowcowych, bez zagrożenia wasalizacją w polityce wewnętrznej, przy jednoczesnej zapłacie ceny za ten sojusz, jaką miałaby być rezygnacja z prowadzenia własnej polityki zagranicznej.

Tu dwie wątpliwości. Po pierwsze, czy posiadanie i prowadzenie własnej polityki zagranicznej nie jest czasami jednym z koniecznych warunków niepodległości? I czy, a contrario, jej nieposiadanie nie jest z kolei jeną z cech “wasalizacji”?

W innym akapicie piszę Pan Wielomski o tym, że nasza niepodległość i tak jest pozorna, bo od lat nie realizujemy jakiejś tam polityki własnej, ale obcą. Berlina i Waszyngtonu wskazuje, sugerując, że “sojusz” ze współczesną Rosją nie byłby rezygnacją z niepodległosci, ale zmianą suwerena na bardziej przyjaznego srodowisku. Takie “ludzkie panisko”, w zamian za “bezdusznego biurokratę” czy “krwawego burżuja – kapitalistę”.

Zgadzam się z p.Wielomskim w jednym: rzeczywiście w ciągu ostatnich dziewiętnastu już lat “niepodległości”, licząc umownie od nieprzekonującej czerwcowej daty, mało było tej “niepodległości” realnej i to niezależnie od politycznych koterii, które mieniły się być reprezentantem ludu.

A było tak dlatego, że jakkolwiek po latach komunizmu ludu w Polsce było w dostatku, a nawet w nadmiarze, panów (i pań) zabrakło. Pan (lub pani) to ktoś, kto tworzy klasę przywódczą w interesie wspomnianego już ludu, ale i własnym, bo wie, że w przypadku obcoplemiennego suwerena zostanie zdegradowany społecznie, o ile nie rozstrzelany i zasypany w dole z wapnem.

A dlaczegóż zabrakło w Polsce Pań i Panów? Ano dlatego, że historia, która Paniom i Panom Polakom spędzała sen z powiek wydarzyła się już wcześniej pochłaniając ich wraz z ich lękami na zawsze.

Natura nie znosi próżni, więc w braku klas przywódczych własnych, polskim ludem dowodzić zaczęli najemnicy Pań i Panów obcych. A że Polska jest krajem położonym i ślicznie i strategicznie, stąd chętnych nie brakowało, a i aspirantów na najemników zdawało się być w nadmiarze.

Wołanie Pana Wielomskiego o sojusz z Rosją jest głośne, ale wcale nie oryginalne, jakby się mogło wydawać. Jeszcze w początkach lat dziewięćdziesiątych bowiem nie było wiadomo, czy Rosja Sowiecka chyli, czy nie chyli się ku upadkowi, i czy wychodzenie z Układu Warszawskiego, wpisywanie się do NATO i UE sens ma, czy też go nie ma.

Zwolennicy pozostania w sojuszu z Rosją podnosili różne argumenty, by z wychodzeniem z jednego, a wchodzeniem do drugiego się nie spieszyć. Argumenty przybierały postać “NATO-bis”, “partnerstwa prywatno-kagiebowskiego” w pozostałościach po sowieckich bazach wojskowych, badź grożby odrodzenia się słynnego polskiego, ludowego szowinizmu i antysemityzmu w sytuacji braku silnej, obcej ręki stawiającej tamę.

Kandydaci na zarządców majatkiem upadłościowym po PRL-u mieli jednakże problem, bo jakby się do drzwi rosyjskich nie dobijali, nie znajdowali zrozumienia u naszych braci Słowian, co więcej: Rosja ówczesna zdawała się mieć nas głeboko i w poważaniu uznając, że ma istotniejsze problemy do rozwiąznia. Bo i miała.

Ale wygląda na to, że je rozwiązała w postaci odzyskania aparatu polityczno-administracyjego dla fachowców z sowieckich służb specjalnych.

Nadszedł więc czas, by przychylniej przyglądnąć się postulatom “przyjaciół” i sierot po imperium, pozostawianych od Paryża, przez Rzym i Berlin, po Warszawę.

Jeśli więc pan Wielomski o sojusz z Rosją woła, to wcale nie woła na puszczy, choć, zakładam, błednie przypuszcza, że jest odosobniony w swoim wołaniu.

Błąd p.Wielomskiego bierze się z faktu, że reprezentuje polski nurt romantyczno-monarchistyczny bez odpowiedniego (proszę wybaczyć) doświadczenia w panowaniu (bo i skąd?). I dlatego pogląd p.Wielomskiego grzeszy (jeszcze raz pokornie proszę o wybaczenie) “panawielomskicentryzmem”.

“Rosja” myśli pan Wielomski i widzi Aleksandra wraz z Mikołajem. “Rosja” myślę i widzę taczanki, walonki, bimber i słoninę. “Polska” mysli pan Wielomski i widzi Batorych wraz Sobieskimi (Wielopolskich w najgorszym razie). “Polsza” myslą Rosjanie i widzą kandydatów na Bierutów nieprzebrane mrowie. Proszę się uprzejmie przyjrzeć “fizjognomiom”* władców królestw Abchazji i Osetii Południowej

Każdy ma swoje mityczne królestwa, do których się przyzwyczaił. I historyczne idee polityczne, które lubi. Można się zastanawiać, czy sojusz z Katarzyną byłby lepszy niż rozbiory. Nie ma wątpliwości, że myślenie o sojuszu z Rosją Sowiecką było bezsensowne, a chocby i z tego powodu, że władcy Rosji Sowieckiej nigdy nie widzieli nas w roli sojusznika.

Pisze Pan Wielomski o tym, że od czasów sowieckich minęła epoka. Może i minęła. Ale od carskich jeszcze większa. I jeśli z urzędnikami carskimi można by jeszcze podjąć dyskusję o sojuszu, w zamian za nasze wewnetrzne “fide, rege et lege”, i mając nadzieję, że nieponasyłają znowu Nowosilcowów, o tyle z obeną ekipą na Kremlu chyba się nie uda.

Bo wiara w co? Korona czy uszanka? I jakie prawo?

Pozdrawiam

*Copyrights: Stanisław Ignacy Witkiewicz

P.S.

Co wart sojusz z USA – przypatrujmy się Gruzji.

Ile warta przyjaźń z Rosją – popatrzmy na Serbię

6 sierpień, 2008

TURAŃSKI PERSONEL, BRAK DIAGNOZY, BOLSZEWICY, FASZYŚCI I METABZDURY

Zaszufladkowany do: salon24 — Rolex @ 9:54 UTC
Tags: , , , ,

Natrafiłem w Salonie na tekst Gniewomira, wszystkim nam znanego admina, w którym skarży się na trudności, jakie napotyka na drodze dalszego doskonalenia się w autidentyfikacji politycznej. Słusznie zauważa wzrost agresji w debacie publicznej, niesłusznie nazywa debatę publiczną polityczną, bo o ile w Polsce uprawia się publicystykę polityczną (niezłą), teoretyzuje się politycznie (średnio), to polityki samej w sobie nie prowadzi się wcale.

Do prowadzenia polityki potrzebny jest naród polityczny, a istnienie takiego jest możliwe przy założeniu pewnego Corpus wspólnego rozumienia spraw zasadniczych oraz elementów zbiorowej pamięci, jako że nie można tworzyć nic świadomie działajacego w czasie, jesli się cierpi na amnezję.

W Polsce są tacy przykładowo, którzy uważają, że w drugiej połowie lat czterdziestych toczyła się w Polsce wojna domowa, co spotyka się z protestem innych, którzy twierdzą, że w owym czasie hordy azjatów tropiły i tepiły przy pomocy swoich polskojezycznych przewodników i najmitów resztki armii pokonanego państwa polskiego. Nie mogę nie udawać, że ten drugi opis mnie osobiście wydaje się trafniej oddającym rzeczywistośc, bo do istnienia wojny domowej potrzebni są domownicy, a w akcji pacyfikacyjnej nie widzę domowników po stronie pacyfikującej, niemniej nie o moja opinię tu chodzi, ale o wykazanie faktu nieporozumienia co do rzeczy podstawowych.

Ten brak zdarza się czasami zakrywać sloganem o pluralizmie poglądów, ale to zabieg nieskuteczny, a własciwie utrwalający chaos, bo wyobraźmy sobie podobną niezborność poglądów w jakiejś innej społeczności. Gdyby wiekszość mieszkańców Kraju Związkowego Bawarii uważała, że od lat siedemdziesiątych dziewiętnastego wieku żyje pod butem pruskiej okupacji, to być może istniałyby Niemcy w dzisiejszych granicach, ale nie byałaby to zdecydowanie republika, i raczej nie federalna. Gdyby wiekszość obywateli NRD uważała wkroczenie Armii Czerwonej za wyzwolenie z łap nazistów i z kapitalistycznego wyzysku, a wycofanie Armii Czerwonej za groźbę powrótu w łapy i ponownego popadnięcia w wyzysk, istniałyby dwa państwa niemieckie.

I jesli odrzucałbym tezę o wojnie domowej toczonej w Polsce w drugiej połowie lat czterdziestych, to podjąłbym się obrony tezy, że toczy się ona dzisiaj. Dzisiaj mamy “w domu” conajmniej dwa narody polityczne. To że nie toczy się ona na polach bitew, zawdzięczamy wyrżnięciu elit wojskowych jednej wspólnoty i pozbawieniu siły wojskowej drugiej wspólnoty w drodze opuszczenia eszelonami w kierunku: Moskwa. Wobec zamarłej tradycji z jednej strony i fizycznego braku bagnetów z drugiej, wojna przyjeła charakter wojny maglanej, pojedynku eunuchów z całym arsenałem plwań, przekleństw, płaczu, dąsów i co tam się jeszcze może zdarzyć. Temu wszystkiemu towarzyszy niezrozumienie celu, a całość sprowadza się do zażartej bitwy o własny życiorys (nie donosiłem, donosiłem, ale nie szkodziłem, jeśli szkodziłem , to nieświadomie, a jesli świadomie, to nie za pieniądze, a jesli za pieniądze, to takie były realia, a poza tym to była moja forma walki).

Społeczność to kosmion rozświetlony od wewnątrz znaczeniami” pisał poetycko Eric Voegelin. Coś co bryzga hasłami, które zdają się nie mieć nawet desygnatów, to już nie kosmion, ale magiel właśnie.

Ale co z tą polityką, której nie ma? zapyta ktoś przytomnie. Ano nie ma, wobec braku narodu politycznego. A co jest? Jest dynamiczny etap dążenia do ustanowienia oligarchii zawłaszczającej magiel, przy czym nie jest jeszcze przesądzone, której z grup dane będzie cel osiągnąć.

Grupy oligarchiczne nie uprawiają polityki w sensie klasycznym (rozumna troska o dobro wspólne). Grupy oligarchiczne walczą o własny, możliwy do osiągnięcia interes. W ich mentalnej perspektywie (to wynika z pochodzenia i doświadczeń historycznych) nie mieści się, by można było uprawiać walkę o władzę bez oparcia się o czynnik zewnetrzny. Z dwóch powodów. “Azjaci” nigdy nie mieli doświadczenia sprawowania władzy suwerennej, a jedynie wykonywanie namiestnictwa, ethosowcy (że tak ich nazwę) żyją w cieniu hekatomby Września, Powstania Warszawskiego, stalinizmu. To ludzie naznaczeni klęską. Potrafią trwać, aż do śmierci w okopach spraw przegranych; nie potrafią zwyciężać.

Mamy w Polsce współczesnej partie dwie. Pierwsza to partia, którą nazwałem azjatycką, ale precyzyjniej warto by ją być może nazwać partią surowcową. To partia realizująca swoje partykularne interesy w oparciu o realny byt polityczny – Rosję Putina i – w dalszej perspektywie – antyamerykański projekt europejski.

Druga partia to partia CIA – realizująca swoją wizję równowagi pomiędzy Niemcami a Rosją dzieki sojuszowi ze Stanami Zjednoczonymi, wychodząc ze słusznego skądinnąd wniosku, że sojusze z ciocią Andzią i ciocią Franią mają niewielki sens militarno-polityczny.

W tym momencie rozważań najczęściej pojawiają się głosy krytyczne, a linię tej krytyki można by przedstwaić w skrócie tak: wszystko to przebrzmiałe myślenie dziewiętnastowiecznej polityki, w czasach globalizacji myśli się zupełnie inaczej.

Otóż, dawno polityka nie przypominała bardziej tej przed-dziewiętnastowiecznej, jak to jest dzisiaj; to dziewiętnastowieczna była bardziej globalna niż dzisiejsza.

W XIX wieku CAŁY glob został podbity bądź uzależniony od kilku kultur cywilizacji europejskiej, która narzuciła swój język, naukę, religię, system szkolnictwa, medycynę, sztukę i coca colę w dalszej kolejności. Świat XIX wieku był światem najbardziej jednolitym w dziejach! Przestał być jednolity, kiedy na arenie dziejów pojawiła się Sowiecka Rosja – turański, azjatycki twór powstały na gruzach powierzchownie zokcydentalizowanej Rosji. W wyniku wielkiego starcia i wzajemnego osłabienia, a wieksze części głobu usamodzielniły się odtwarzając obaszary bądź plemiennego chaosu bądź tworząc nowe europejskie (w formie) potegi.

Dzisiaj liczące się kraje podejmują NA NOWO proces kolonizacji. Niemcy kolonizują Bałkany i Europę Środkowo-Wschodnią pod sztandarem Unii Europejskiej, Amerykanie przejmują schedę po Brytyjczykach na Bliskim Wschodzie, Rosjanie planują tym razem skuteczny desant na Europę przy pomocy gazu, ropy, a ostatnio żywności, a my…

No własnie. My siedzimy w maglu.

A każda z grup, niezdolna do fizycznego wyeliminowania przeciwnika, stara się uchwycić przyczółki i dotrwać do rozstrzygnięć, które zapadną w walcę pomiędzy prawdziwymi graczami. Każda liczy na taką odmianę światowej koniunktury, która przyniesie zwycięstwo koniowi, na którego postawiła i poddaństwo właścicielowi konia.

To prawda, uważam rząd Kaczyńskiego za jeden z pierwszych, który podjął się wyartykułowania tez, innych niż mniejszy lub większy stopień klientelizmu wobec tandemu Rosja – Niemcy. Za cenę klientelizmu wobec Ameryki. W oparciu o tę relację starał się zbudować antyrosyjski (i antyniemiecki) wał ochronny stworzony z państwa małych i średnich, bliższych i dalszych.

Tyle, że NIC z tego nie wyszło.

Więc pozostaje nam czekać na zmienne obroty kół fortuny.

Rzecz jasna, do uczestnictwa w debacie publicznej potrzebne są dwie rzeczy: świadomość i właściwe rozpoznanie, co się dzieje oraz:

dokonanie wyboru w ramach alternatywy, która jest dana.

Z punktu widzenia czystego biznesu wieksze szanse ma partia gazpromu. Niemniej, nie samych chlebem, a zwycięstwo tej partii niesie ze sobą zagrożenia cywilizacyjne.

Sprowadzając rzecz do obrazka, wybieramy pomiedzy walonkami, wódką w szklankach, słoniną i tłuczeniem po mordzie, a coca colą, hamburgerem, hollywoodem i protekcjonalnym poklepywaniem po plecach.

Pozdro

Następna strona »

Blog na WordPress.com.