Rolex

12 maj, 2008

WHATEVER, MINGER, CZYLI WSZYSCY JESTEŚMY PREMIERAMI

Kategoria wpisu: salon24 — Rolex @ 9:52 UTC
Tags: , , , , ,

Cze ziomy!

Musita mnie przebaczyć, że dziś nie bendzie aż tak elokwentnie, jak siem przyzwyczailiśta. Normalnie nastała normalność i zatraciłem część zdolności ostrości paczenia wraz z paczeniem z konta, z czego słynąłem na osiedlu.

Poczekajta, muszę się sztachnonć…

Ale wracajonc do meritumu. We wspaniały dzień przedwczorajszy nareszcie spadła w Polsce maska hipokryzji i prohibicji. Wiadomo, wszyscy jarajom, pijom i kradnom oraz wyrywajom laski, ale na skutek zamordystycznej polityki, którom w Polsce prowadził ksiądz z naszej osiedlowej parafii, potocznie siem zakłamywało, że nie wolno!

To jak żyć, ja siem pytam, no jak? W Polsce znaczy, bo a JuKej nie można kraść i pić w godzinach bycia zatrudnionym, bo można wylecieć z roboty. Ale na flacie to już można, bo flat jest polski przecie. Zresztą, nie mieszajmy kultur!

Warto mieć w sercu takie miejsce na ziemi, z którego wyrastają nam odnóża tylnie i gdzie tkwi źródło naszej odrębni, jako istoty luckiej. I to miejsce nazywa się Polska Rzeczpospolita Ludowa nr III/IV, czy cuś tak.

Nie ma nic gorszego, kiedy się okazuje, że takie miejsce zniknęło nagle stając się arcypodobnym do innych miejsc na planecie, jak na przykład JuKej.

Wienc cieszę się, że w Polsce, mojej Ojczyźnie, ostatnio się przewieczyło (odemkło siem wieko hipokryzji, w którom zawinienty był nasz naorodowy ethos, jak kurczak w celofan - przyznajta, ja to mam towar!)

W takim normalnym kraju, to wiadomo. Premier albo i królowa może zarzucić gorzałkę, ale siem nie przyzna z powodu hipokryzji, bo mówiom, że nie chcom, coby młodzież miała zły pszykład. I to jest zakłamanie, ale i cuś wiencej.

Bo zobaczta: nasz premier tuskuzajebistytakikul zarzucał zielę. I co został premierem. Znaczy: ziele mu pomogło uporzondkowując szare komóry w mózgowiu kształtując je w kształt mózgowia premiera.

A w JuKej jest wyzysk, którego doświadczam na co dzień, bo to ja na pszykład biegam po scaffolding, a królowa Jej Wysokość myka sobie karetom w kare konie. Ja pomykac nie mogem w godzinach pracy, bo muszem ganiać, a po pracy nie mam ani karet, ani koni.

Wienc się pytam: jak się to dzieje?

Ponieważ nie widzem żadnej istotnej róznicy pomiendzy mnom a krolowom, a już zupełnie pomięndzy mnom, a takim Gordon Brown (znaczy: ja bardziej elokwentny jestem i znam jenzyki), to znakiem tego jest jakaś inna, ukryta pszyczyna, że ja zaiwaniam z młotkiem, a oni nie.

Ale oni siem nie pszyznadzom, bo chcom uczymać swoje społeczeństwo w mrokach pszesondu i niewiedzy. Że niby, jak którenś chce zostać premierem albo kólowom, to nie może pić, jarać ziela, a już zupełnie nie może cuś podpierniczyć.

A człowiek jest tylko człowiekiem, nie?

I dlatego aż mi siem na wontrobie ciepło zrobiło, jak w Polsce opadła z hukiem wspomniana maska i sam pan premier wyznał, że droga do bycia premierem wiedzie pszez tanie wina i ziele, a pani Pitera, która najlepiej siem zna na etyce powiedziała, że ho! ho! nie takie to nasi wybrańcy zarzucali rzeczy, a nawet ona w czasie szkoły równo ciągła z taniego wina na ławce w parku.

Do ziela siem nie pszyznała, ale jak na niom paczę, to ona nie takie ziela zarzuca.

Bała siem jednak pszyznać, bo jest czenściowo w oparach zakłamania i musi się od premiera jeszcze niejedno nauczyć.

No w każdym razie od dzisiaj gimnazjaliści mogom wyluzować, bo wiadomo, że od siedzenia w szkole i zakuwania tych durnych fizyk z matematykom plus Mickiewicz, to siem tylko oczy psujom, a w parku przy obecnej pogodzie, obok wina czy ziela, można siem strzaskać na mohoń i ładnie wyglondać na plaży w Cetniewie w nadchodzących letnich miesioncach, o czym powinny pamientać wszystkie gimnazjalistki, bo bez modnego tan, niczym Doda, nie da się wyrwać żadnego dresa ze stolicy z beemkom, ani zamożnego migranta z London.

I dlatego tesz uznałem za znak czasu, że moi rodacy wcale nie majom za złe, że “lody krencone bendom” w temacie szpitali i w specjalnej ankiecie uznali, że im to wisi, jak kilo kitu na agrawie.

Wiadomo, że lody bendom krencome, bo one krencone być muszom. Każdy przecie nie jest gapom i cuś musi skrencić, bo jak inaczej ma siem dorobić? Całe zycie bendzie do roboty łaził, jak w JuKej? A gdzie czas na wszechstronny rozwój osobowości?

Dlatego… poczekajta, bo mi pszygasło… Dlatego dobrze, że prawda wypłynęła na jaw (w zasadzie: na powierzchnię jawy), bo wszystkie moje plambery i bildery i panie Zosia the nurse noszom w swoich plastic bags z Sainsburasa jusz nie tylko że buławem, ale wprost powołanie na najwyższe stanowiska w administracji rzondowej i samorzondowej.

Także, Thanks from the mountains, premierze tuskuzajebistytakikul!

Dzisiaj k… Wy, ale jutro Ja, whatthefcuk, yo mingers!

Naraz ziomy!

8 maj, 2008

GENESIS, CZYLI DLACZEGO IM SIĘ NIE UDA

Kategoria wpisu: salon24 — Rolex @ 14:47 UTC
Tags: , , , , , , , ,

Byłem szczerze i mile zaskoczony ilością wpisów pod postami dotyczącymi takich naszych narodowych wad, jak brak cnót obywatelskich, oraz zgody na systemowe wpisanie w polski system polityczny korupcji, jako mechanizmu sprawowania władzy. Bardzo dziękuję za wpis p. Janowi Pospieszalskiemu, który w ten sposób dołączył do bezcennej kolekcji “czerwonych” życzliwie komentujących mojego bloga. Jest pan redaktor zawsze mile widziany, a pański wpis dołacza do katalogu w postaci gwiazdki (to już piata, jesli dobrze rachuję). A ku pokrzepieniu serc, p.redaktorowi i innym gościom, niniejszą krotochwilę wspomnieniową dedykuję.

Przy okazji gwiazdki… Dawno, dawno temu zostałem harcerzem i pojechałem na mój pierwszy obóz ZHP. Nosiłem taki niebieski mundurek z marynarskim… no tym z tyłu, co oznaczało, że zostałem tzw. wodniakiem. Obóz był dosyć specyficzny, bo była to pierwsza próba wypuszczenia umundurowanych dzieci i młodzieży w dużych ilościach do lasu, a zawdzięczaliśmy ten zaszczyt dobrotliwej władzy WRON-u oraz wspierającego go PRON-u (Przy okazji pozdrawiam wszystkich piszących w Salonie PRON-owców. Jak Wam się żyje w wolnej Polsce, dziewczyny i chłopaki? Hej!).

Grupa dwunastolatków, w której byłem i ja, z wypiekami na twarzach oczekiwała prawdziwej żeglarskiej przygody, choćby na baliach klasy OPTYMIST. No i oczywiście przygotowliśmy zestaw obozowych pieśni, wśród których królowała:

“A my Wilno zdobędziemy, Lwów odbijemy, odpoczniemy na stanicy, na chińskiej granicy [obocznie: w Leningradzie, w kołchozowym sadzie]“

oraz

“Za Katyń, za Wilno, Warszawę i Lwów zapłaci czerwona hołota”

Jak widać obok przygód związanych z wodą oczekiwaliśmy również odrobiny wolności pośród kaszubskich kniei.

Jej szczodrobliwość WRON-a wraz z notorycznymi alkoholikami sprawującymi zaszczytne funkcje harcmistrzów w naszym hufcu postanowiła nam odurzanie się wolnością nieco utrudnić i do opieki nad poszczególnymi podobozami wyznaczyła wybranych w innym niż nasze województwo komendantów.

Komendanci byli ze specjalnej rezerwy ideologicznej. Nazywało się to HSPS, czyli Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej.

Nam trafił się taki z wąsem z Koszalina, a wraz z nim o połowę młodsza druhna (choć pełnoletnia), która służyła mu za przedmiot molestacji, w przypadkach tęsknoty za pozostawioną w koszlińskiem żoną. A tęsknił chłop, oj, tęsknił. W pewnym sensie był nasz wąsacz prekursorem zbliżającego się wraz ze schyłkiem lat 90 pierwszego powiewu prawdziwej wolności, czyli pornokomunizmu z ludzką twarzą.

Prawdopodobnie układ władz z wąsaczem był taki, że może molestować 24 godziny na dobę, o ile wykona swoje funkcje indoktrynacyjno-porządkowe wśród nieletnich podopiecznych. Jednym słowem miał być porządek.

Pewnie nie spodziewał się kłopotów, ale to tylko z powodu niewiedzy, że trafi na dość dobrze zorganizowaną grupkę małych cwaniaków z jednej z cwańszych dzielnić dość cwanego, dużego miasta.

Pogadankę ideologiczną postanowił nasz nowy opiekun urządzić już pierwszego dnia. Po trzech minutach, niczym stadko prosiaczków porozumiewające się w sobie znany sposób i realizujące stadne cele na podstawie niedostrzegalnych dla otoczenia sygnałów, mieliśmy wypracowaną pozawerbalnie strategię.

Z dość bystrych dzieciaków przekształciliśmy się w bandę nierozumnych i niekomunikatywnych debili.

- Co to jest NATO? - zadał pierwsze z przygotowanych pytań druh przełożony sondując nasze zaplecze intelektualne.

- Ale na co? - zapytaliśmy chórem wybałuszając oczy, śliniąc się i wytykając języki.

Spojrzał niepewnie na druhnę, dodatek do materaca, i po raz pierwszy chyba dotarło do niego, że nie przelewki. Zaczął z innej beczki, ugodowo. Obiecał krzyż harcerski i belki. A potem gwiazdki. - Zobaczcie - popukał w naramiennik. Tu są dwie gwiazdki. A co będzie, jak dostanę trzecią?

- Wp…dol - usłyszał w odpowiedzi i całe stado zarżało najbardziej zwierzęco, jak można tylko zarżeć. Za karę nie dostaliśmy kiselu na deser. Kij mu w oko.

I tak chłop wytrzymały. Zniósł mężnie wstrzemięźliwość i czytość cielsną przez cały dzień, bo jakoś tak wychodziło, że mieliśmy do niego różne ważne sprawy organizacyjne co jakieś 5 minut, co zgłaszaliśmy gromko wchodząc bez pukania (bo jak pukać w połę namiotu?) do jego kwatery.

Po ciszy nocnej nie mogliśmy nic zgłaszać, więc urządziliśmy dyżur i ładowaliśmy w jego namiot szyszkami. Zanim wylazł i zaświecił reflektorem, wszyscy spali.

Po trzech dniach zaczął negocjować. Ale i tak nie dotrwał do końca turnusu. Gdzieś po czternastu dniach zorganizował wycieczkę do pobliskiej wioski nad jeziorkiem. Wóda mu przegryzła coś w środku i chciał złagodzić piwem. Umówiliśmy się, że przez cały dzień mamy czas wolny, pływamy na kapielisku i jemy lody, w zamian za co nie będziemy śpiewać po drodze piosenek o czerwonej hołocie.

Dupa nie negocjator, bo skwar był taki, że komu by się chciało śpiewać cokolwiek?

Dzień mijał radośnie pośród rozkoszy kapieli przerywanej pochłanianiem lodów i prawie zarobiliśmy na porządną infekcję grypy, kiedy się pojawił. Zarzucało go od prawego pobocza do lewego, druhnę ciąnął za sobą. Oboje w mundurach tego HSPS-u. Obok kapieliska była pijalka i ławy i tam zaległ. Zaordynował sobie browarka. Przy sąsiedniej ławie, na przeciw, siedział z kolei taki niepozorny. To znaczy my wiedzielismy, że tylko tak niepozornie wyglądał, bo na podstawie przeprowadzonego wywiadu uzyskaliśmy informację, że drwal. Podnosił nas jedną ręką za paski przy spodenkach. Tylko taki zbity był w sobie i we flaneli, która skrywała te wszystki grudy mięśni.

Druh wpił się w niego wzrokiem i zaczął się przypierniczać. Od słowa do słowa i wreszcie stanął nad nim w tym swoim mundurze i ryczy: “No uderz mnie, uderz!”

I chłop nie wytrzymał i jak go huknął, tak z pół godziny dochodziło do siebie niebożę. A na drugi dzień wyjechał i nigdy już go nie spoykaliśmy. Pewnie zapisał się Towarzsytwa Krzewienia Kultury Świeckiej, bo to była organizacja, z krórej wywiodło się wielu znanych i lubianych postaci III RP.

Ale zostawmy gwiazdy i gwiazdki. Bo - zapytacie - po co ta cała historia i gdzie pointa?

Otóż, obok naszych wad narodowych mamy i zalety. Naszą pierwszą, tłukącą po oczach zaletą narodową jest wielkoduszność. I taka franciszkańska miłość bliźniego. Próg pobudliwośći w naszym, pozbawionym elit narodzie, wywodzącym się w 99% z warstw społecznych pokornego chłopstwa, jest jak u dobrze ułożonego Rottweilera (Wiem, bo miałem). Dźgniesz go patyczkiem - łapę sobie poliże, rzucisz szyszeczką - ziewnie, ale jak przegniesz…

Zawsze, jak mnie kolejne wcielenia opisanych w anegdocie Wąsatych, proniątek, fanów polskiego generała-konfidenta IW, nawiedzonych proroków przerabiających nas na jakiś nieistniejący naród europejski, tropicieli antysemityzmu, zaścianka i czarnej sotni, opadną, to patrze spokojnie w ślepia i myślę sobie tak: Kurcze, łachudro jedna, czego się tak ciskasz? Powinniśmy powywieszać na latarniach? Powinniśmy. Wysłać towarowymi na stację Moskwa - Pietuszki bez prawa powrotu? Byłby to gest humanitarny. Powymierzać po dwadzieścia lat za kolaborację z oprawcami naszych dziadów? Byłoby uczciwie i sprawiedliwe.

Daliśmy równe prawa? Zgodziliśmy się milcząco na przywileje waszej sowieckiej generalicji? Znosimy te wrzaski skrzekliwe senyszynów atakujących znienacka w porze obiadu? Póki co, tak.

Ale jak przegniecie… ;-) Pozdrawiam

6 maj, 2008

ZNIECZULENIE MIEJSCOWE CZYLI O KORUPCJI, DONOSICIELSTWIE I PROFESJONALIZMIE

W poprzednim wpisie poruszyłem niewygodny wątek naszego narodowego dziwactwa, jakim jest nie reagowanie na panoszącą się wkoło nas korupcję, oszustwa, cwanictwo i kolesiostwo. To jedna z najgorszych naszych narodowych wad, która sprawia, że od lat “rządzą nami bajkowe stwory, a skrzaty wyprowadzają nas w pole”.

Zmowa milczenia trwa i zaczyna się od naszego udziału w tej zmowie, poprzez sądy, policje, zacisza gabinetów, kończy na mediach. Na szczęście minęły czasy, kiedy na tych, którzy mówili o korupcji rzucano w wysokonakładowych dziennikach anatemę, przyklejając łatki oszołomów, homofobów, antysemitów i czarnej sotni (czy co tam akurat było pod ręką).

Klątwy były rzucane przez świadomych swojej roli producentów szumów i - w co niewatpię - za godziwe wynagrodzenie.

Klimat zmienia się o tyle, że ludzie powoli przyzwyczajają się do myśli, że:

1 . Polska skazana jest na cywilizacyjną porażkę, jeśli tego nie zmienimy.

2. Da się.

Meandry naszej skazy narodowej w szczególny sposób uwidaczniają się w zderzeniu z “normalnością” Tak się złozyło, że od kilku lat takie zderzenia dane jest mi obserwować.

W jednej z brytyjskich klinik pracowali sobie ludzie. Menedżerowie, lekarze, średni i niższy personel medyczny i pomocniczy. Wśród lekarzy przeważali swójziemcy, ale po roku pamiętnym 2005 zaczęło przybywać cudzoziemców, w tym i naszych orłów medycznych. Zupełnie niespodziewanie powierzono mi zajęcie dbania o to, by ich “wejście” w nową, emigracyjną rzeczywistość odbywało się bezbolesnie. “Furda” myślałem sobie, “lekarz, było nie było, depozytariusz polskiej intelgencji problemów większych przysparzał nie będzie”. I trochę miałem rację, bo klinicznie nie odstawał od zachodnich kolegów. Prawda, zdarzało się, że bywał bardziej wszechstronny.

Lekarz w lekarzu był więc całkiem nowoczesny, ale… obywatel żaden!

W pierwszych dniach pobytu pewnej pani doktor, wykonującej swoje obowiązki w ramach bycia samozatrudnioną, a więc profesjonalisty, któremu pozostawiono olbrzymią swobodę działania, przydarzyło się nieszczęście. Otóż zapragnęła “wyskoczyć na miasto” w jakiejś ważnej, prywatnej sprawie. Pacjentów nie było, wykonała więc manewr znany od Odry po Bug. Weszła do gabinetu siostry przełożonej, wykonała teatralne mrugniecie okiem i powiedziała coś, co odpowiada polskiemu “Jakby szef dzwonił, to jestem zajeta, muszę wyskoczyć do banku, za pietnaście minutek będę z powrotem, kochaniutka”. I zniknęła za drzwiami wejściowymi kliniki, jak sen złoty.

Kolejnego dnia było zebranie i na tym zebraniu wspomniany szef poprosił naszą bohaterkę o wytłumaczenie pielęgniarkom zasad działania oprogramowania komputerowego, z którym miała się zaznajamiać właśnie dnia poprzedniego (stąd mniejsze obciążenie pracą kliniczną). Pani doktor namotała coś myszką na ekranie, dzięki czemu oprogramowanie wykrzaczyło się na wszystkie strony, stanęło dęba i odmówiło współpracy.

Szef wygłosił bardzo kulturalną mowę, grzeczną choć dobitną, z której wynikało, że po raz pierwszy zdarza mu się spotkać z tak zadziwającym brakiem profesjonalizmu w zawodzie, w którym nie można go nie wymagać. Chyba bolało by mniej, jakby się wściekł.

Potem był dalszy ciąg afery. Było jasne, że publiczna chłosta miała związek ze zniknięciem. Skąd wiedział? W celu uzyskania informacji udałem się do siostry przełożonej. “Oczywiście, że zadzwoniłam do Szefa informując, że polska doktor wyszła. Moim obowiązkiem, jest dbanie o to, by w czasie godzin pracy wszyscy specjaliści byli gotowi do obsługiwania pacjentów i każda nieobecność musi być przeze mnie odnotowana. To moja praca! Przecież chodzi o dobro pacjenta!”

Czy nadal uważacie, że donoszenie jest obrzydliwe? Czy też może - podobnie jak ja - uznacie, że stworzyliśmy sobie bardzo wygodną i pojemną kategorię zwalniającą nas odpowiedzialności za siebie i innych?

Raz w miesiący lekarze w opisanej klinice wypisują swoim pomocom (nurses) tak zwany assessment. Czyli sprawozdanie - ocenę kwalifikacji i tempa ich podnoszenia przez przyporządkowany lekarzowi średni personel medyczny.

Kiedyś zadzwonił do mnie właściciel (szef) i poprosił o spotkanie sygnalizując “duży problem” z polskim zespołem.

“Celem kliniki” zaczął “jest świadczenie jak najwyższej jakości usług medycznych. Kluczem do ich zapewnienia jest ciągłe podnoszenie kwalifikacji, zwłaszcza średniego personelu. Przyjmujemy do pracy różne osoby, w różnym wieku i różnie wykwalifikowane, również i te, które tutaj mają szansę nauczyć się zawodu”.

Assessments” służą dostarczeniu nam informacji, na które elementy szkolenia musimy zwrócić uwagę, po to, by pomóc młodym dziewczynom rozwijać się poprzez eliminowanie błędów, wytykanie braków i mobilizowanie do nauki.

W pierwszym rzędzie jednak, nasza kontrola ma pomóc lekarzowi, bo lepiej wyszkolony personel, to przecież jego komfort pracy”

“Popatrz” wyciągnął plik assessments z kilku miesięcy. “Kate - 17 lat. Brak doświadczenia w zawodzie. I oto ocena polskiego lekarza po miesiącu jej pracy: umiejętności kliniczne - excellent, zaangażowanie - excellent, stosunek do pacjentów - excellent, dbanie o higienę gabinetu - excellent, punktualność - excellent, pilnowanie stanu zaopatrzenia i wyposażenia - excellent.

To znaczy” uśmiechnął się smutno “Kate to brylant. Umie, chociaż się nigdy nie uczyła. Czy ci Polacy nie widzą, że zwyczajnie robią tej dziewczynie krzywdę?”

Nie widzeli. I również dlatego przy okazji jakichkolwiek problemów w podległym im gabinecie winili właśnie pielęgniarki. Że niedouczone.

Jaki związek , zapytacie, pomiedzy opisanymi nieporozumieniami, a dajmy na to szalejącą w Polsce korupcją? Związek bezpośredni. Ludzie, przez dziesięciolecia oduczani odpowiedzialności i umiejętności widzenia celu jaki przyświeca wszystkim działaniom zbiorowym, od państwa, przez boisko piłkarskie, po gabinet lekarski, nie myślą. A brak myslenia znieczulają miejscowo za pomocą popularnego leku “Przecież nie będę donosić”. Śpijmy dalej.

I nie mogę niestety nie odniesć się króciutko do najlepiej prześwietlonego pod kątem korupcyjnej zgnilizny środowiska, jakim jest środowisko sportowe (precyzyjniej: piłkarskie). To środowisko zostało prześwietlone w charakterze “jelenia”, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. Stopień skorumpowania “kopaczy” w polskim sporcie nie odbiega od stopnia skorumpowania w innych środowiskach, ale widocznie “uznało”, że narodowi trzeba rzucić coś na pożarcie, tym bardziej że w piłce kopanej pływały rybki średniej wielkości.

Zastanawiam się tylko, jak czują się ci wszystcy “wierni do grobowej deski” kibice, pasjonaci, fani i zwolennicy? Przez dziesięciolecia robieni ordynarnie w balona? Zwykli frajerzy z wygolonymi łbami uważający się za “prawdziwych mężczyzn”?

Kto odda pieniądze uczestnikom zakładów sportowych - milionom oszukanych jełopów?

Nikt, bo prawdziwi kibice nadal bezmyslnie popierają swoje ukochane kluby wznosząc modły by jak najszybciej powróciły w objęcia ekstraklasy.

A tak na marginesie. Druzyna narodowa składa się z kopaczy wychowanych tutaj, gdzie kupowanie i sprzedawanie było na prządku dziennym. Ile meczy sprzedali na arenie międzynarodowej? Czy sukcesy w eliminacjach do róznych prestiżowych zawodów i “niemoc” w meczach turniejowych z przeciętniakami nie wyglądają mocno podejrzanie?

Zostawmy jednak fanów odmiany gry w bambuko, dla niepoznaki nazywanej u nas piłką nożną. To nie jest problem. Problemem są: szkoły, sądy i gabinety.

I prawda, że bez zmiany w nas samych nikt nic nie zmieni. Bo zmiany nie opłacają się IM. Opłacają się NAM.

Pozdrawiam

2 maj, 2008

DONOSICIELSTWO PATRIOTYCZNYM NAKAZEM!

Kategoria wpisu: salon24 — Rolex @ 11:05 UTC
Tags: , , , ,

No i pan. red.Janke zadał mi trochę klina swoim pytaniem o patriotyzm, bo niby wiadomo o co chodzi, ale jak się zaglądnie bardziej do środka (problemu) to sprawa wcale nie taka łatwa. Podoba mi się definicja patriotyzmu jako zbiorowej troski o dobro wspólne. Dbamy o rózne rzeczy własne, a jest taki zakres dóbr który jest wspólny. I jednym z tych dóbr jest społeczność działająca w historii w formie państwa. Takiego, jakie się uformowało samoistnie w toku wieków, na skutek zbiorowego doświadczenia. I ten zbiór doświadczeń, pamięć o nich oraz wyrastającą z tego świadomość uznajemy za warte zachowania i kontynuowania. Upraszczając: chcemy nadal kroczyć przez historię w tym właśnie, a nie innym towarzystwie.

Czy patriotyzm jest popularny? Wydawałoby się , że tak, ale po ponownym zaglądnięciu wychodzi, że nie. Flagi wiszą bez entuzjazmu, chciałoby się powiedzieć, choć niespodziewanie po “apatriotyzmie” lat dziewięćdziesiatych nowy wiek przyniósł ożywienie, którego wymownym przykładem była reakcja na obchody sześdziesiątej rocznicy Powstania. Przyznam, że byłem mile zaskoczony po tym, jak któregoś  roku, 1 września, przypomnienie o tej rocznicy w głównym wydaniu Wiadomości podano pod ich koniec w kilkusekundowej migawce.

Odradzają się nam więc pewne zewnętrzne przejawy patriotyzmu. Patriotyzm - a w zasadzie jego manifestowanie - stało się czymś normalnym. Były i takie środowiska w Polsce, które wcale nie chciały, by tak się własnie stało, starając się “ożenić” zewnętrzne przejawy patriotyzmu z Tejkowskim i kibolami, ale nie wyszło. I dobrze.

Manifestacje, manifestacjami, ale w patriotyzmie chodzi nie tylko o formę, ale i o treść. I z tą treścią gorzej. A nawet bardzo źle. W kraju, w którym mieszkam przydarzyła się taka oto historia. Po skończonej pracyw szpitalu kierowca karetki zaproponował kilku lekarzom podrzucenie do knajpy. Knajpa była po drodze do garażu, do którego i tak zobowiązany był karetkę dostarczyć. No i podwiózł. W knajpie było kilkanaście osób. Połowa zadzwoniła natychmiast na policję oraz (nieco później) do lokalnego oddziału Primary Care Trust (takie NFZ) donosząc, że popełniono przestepstwo wykorzystania publicznego na cele prywatne. A u nas?

Jechałem kiedyś przez Polskę z jednym facetem. Przez bite trzy godziny opowiadał mi , jak to w Polsce, panie, kradną. “Co się który dorwie do stołka” perorował “to tylko patrzy, jak by co skręcić”. “No fajnie” mówię wreszcie na to, “ale tak szczerze, jakbyś tak miał sznasę TY lody pokręcić, dziecku dobre studia załatwić, to być nie kręcił?” Facet zamilkł, zamyslił się i wypalił: “Jasne, nikt nie jst głupi!”

Policja skorumpowana? “Panie władzo, a może być to jakoś tak inaczej załatwili?” Wiecie, o czym piszę? Jesli zrozumieliscie co to jest “załatwić inaczej”, to rozumiecie też problem.

Wielu z nas obawia się, że obecny rząd oznacza powrót ludzi nieuczciwych. Po prostu. Mniej obchodzi nas przysłowiowe lenistwo p.Tuska, niekompetencja jego ministrów. Obawiamy się powrotu Rywinlandu , który, jak wskazują sondaże, postawił na nowego konia, zostawiając wysłużone partie postkomunistycznej lewicy na lodzie (i ze sprawą Olewnika na głowie).

Z drugiej strony, nawet jakby tysiąc posłanek Sawickich chciało kręcić lody na czas, to mozna by im to skutecznie uniemożliwić. Jak? A na przykład poprzez społeczną akcję: “Mam zawsze przy sobie dyktafon!”, T-shirty z napisami: “Tworzę fonotekę urzędników państwowych”. “Donoszę na policję w przypadku najmniejszego podejrzenia o nieuczciwość”. “Jestem kapusiem! Donoszę do CBA!”

Wiecie, jaki by to przyniosło efekt? Murowany!

Myślicie, że dlaczego połowa mediów trzęsła się z oburzenia, że “prokurator nagrał rozmowę ze swoim podwładnym”, “nagrywał ministrów we własnym rządzie” No mój Boże! Żeby tak urzędnika? Państwowego? Nagrywać? To co z lodami?

Kiedyś znajomy lekarz, przy okazji jakiejś wódeczki, zaczął mi opowiadać historyjki ze szpitala, w którym pracował. Zaczął, bo przy drugim zdaniu powiedziałem: “Przepraszam, ale muszę cię uprzedzić, że bedę zmuszony powtórzyć to przed prokuratorem.” Do dzisiaj się nie odzywa. I kij mu w ucho! Nie bedę się zadawał się z degeneratami!

Do furii doprowadza mnie powtarzany w niektórych mediach i przez niektórych ludzi argument, że współpraca z policją (np.Koteckiej) w zwalczaniu patologii obciąża tak samo (a nawet bardziej) niż współpraca z bezpieką za PRL-u. Ludzi wypowiadających takie opinie natuje w pamieci z adnotacją: agent wpływu/człowiek mafii/były TW/jest jednak szansa, że zwyczajny idiota.

A cała reszta, to naprawdę są sprawy drugorzędne. Możemy się spierać o model państwa. Socjalizm na wzór fiński, katolicka republika na wzór irlandzki, protestancka monarchia na wzór szwedzki…

Byle nie bananowa! Banan pomimo uwodziceleskiego zapachu nie nadaje się na podstawę urządzeń społecznych. Bo grząski.

Pozdrawiam!

P.S.

Do motywu “czy emigrant może być patriota” się nie odnoszę, bo to tak, jakby pytać, czy Kowalski wynajmujący pokój u Malinowskich nazywa się w związku z wynajmem Malinowski i czy od czasu wprowadzenia się szanuje bardziej babcię Malinowską od swojej własnej. Bez sensu.

29 kwiecień, 2008

MORDY MOJE I MORDY NIEMOJE

Kategoria wpisu: salon24 — Rolex @ 11:00 UTC
Tags: , , , , ,

Publiczne ekspiacje za porzucenie pisania na jakiś czas byłyby chyba nie na miejscu, bo zakładałyby, że ktoś na to pisanie szczególnie czeka. Więc bez ekspiacji: nie pisałem, ale czytałem i… aż chciało się wyjść z kina!

Więc wyszedłem. A dzisiaj pozwalam sobie na garśc uwag dotyczących spraw do niedawna bieżących i tych bardziej już zaszłych. Opatrzę więc skrótowo przebrzmiałe i niewybrzmiałe newsy krótkim komentarzem.

1. Rozpad LiD-u, Sprawa Olewnika, powroty Borowskich i Cimoszewiczów.

Z rozbrajającą szczerością przyznał był marszałek (były) Borowski, że problemy polskiej lewicy postkomunistycznej nie powstały dzisiaj, ale już w 2003 roku. Prawda to święta. Problemy postkomunistycznej lewicy rozpoczęły się, kiedy majatek państwowy przestał wystarczać do zaspokojenia apetytów wszystkich beneficjentów “przemian”. Czas mija i lody coraz mniej słodkie, choć apetyty wciąż wilcze. Stąd - z braku dostatecznej ilości słodkiego surowca - wzięła się wojna gangów, której emanacją stała się “zaskakująca” i “porażająca” afera Rywina.

Już od czasów Millera stało się jasne, że lewica postkomunistyczna nie może zarządzać państwem w oparciu o aparat państwa z jednej strony, a aparat mafijny z drugiej. Stąd z kolei brały się smutne koleje losów niektórych byłych kolegów z wojska i resortów, czego Jeremiasz Barański dobitnym przykładem.

Biznes nam spoważniał i fraternizować się z byłymi podrzędnymi ubekami nie będzie. Poza tym, po wejściu Polski w struktury unijne, biznesowi potrzebni są światlejsi reprezentanci. Wyksztłaceni i najlepiej z tytułami. Słowem: nadeszły czasy fachowców, którzy zastapią nienadajace się już do niczego “mamuty”.

Zanim człowiek prosty (np. były szef jakiejś podrzędnej ekspozytury SB) się domysli, człowiek inteligentny już wie, więc nie dziwota, że rozpadł się LiD, który opuscili ci inteligentniejsi, w dodatku demokraci.

I nie minął miesiąc, kiedy rozpętała się afera p.Olewnika! Straszne rzeczy! Lokalny przedsiębiorca zaszczuty przez miejstniejacy jeszcze dwa-trzy miesiące temu układ mafijno-policyjno-polityczny!

Miał szczęście swoją drogą pan Olewnik-senior! Gdyby nie sprzyjająca koniunktura mógły pewnie jeszcze latami czekać na sprawiedliwość! A tak doczekał się dając (zakładam, że nieświadomie) wszystkim lokalnym biznesmenom czytelny sygnał gdzie ochrony nie szukać, a gdzie szukać należy, najlepiej od zaraz.

To potężny cios w zaplecze lokalnych szejków z szajki “mamutów”, których powaga i wiarygodność została publicznie podważona przed kamerami w godzinach największej oglądalności. Bye, bye, mamuty! Nadchodzi czas słoni nowoczesnych i manualnie :-) zdatnych do precyzyjnej wszak czynnosci kręcenia.

2. Odebranie Polsce prawa organizacji Euro 2012 miałoby dalekoidące skutki społeczne; mogłoby spowodować “paraliż narodowej woli” wszędzie tam, gdzie idzie o sprawy ogólnonarodowe, jak ogłosiło w specjalnym raporcie.

Nie od dzisiaj jednak wiemy, że wszędzie tam, gdzie dochodzi do udanej realizacji naszej narodowej woli kończy się antysemityzmem i awanturami w Europie.

Być może odebranie Polsce prawa do organizacji Euro rozwiązałoby ten bolesny problem i nasza narodowa wola zostałaby przytemperowana do własciwych rozmiarów? Do rozmiarów dresa oglądającego nowoczesną budowlę w centrum Berlina z rozdziawioną paszczą? Jakieś Centrum lub “Znak” dajmy na to?

A przy okazji wspomniane prawo odebrano by i Ukrainie, co potwierdziłoby tezę wielu mądrych ludzi z miasta Moskwy o sezonowości tego tworu państwowego.

Jakkolwiek nie byłaby frustrujaca sytuacja znalezienia się wśród narodów i państw niepoważnych, pocieszajmy się, że przy tej okazji wiele naszych hydr narodowych zniknie jak sen złoty, a i mroki naszej przeszłosci przestaną krążyć po salonach strasząc intelektualistów.

Zresztą, jak mamy urzadzać jakieś europejskie zawody w kopaniu gały, skoro lada moment nie dość, że nie zarobimy na tym interesie z Unią, to jeszcze możemy dołożyć w formie składki, która nie wróci w postaci jakichkolwiek dotacji na cokolwiek, co będziemy chcieli wybudować, jako że nie potrafilismy się dogadać z organizacjami pozarządowymi ekologów?

Czujecie w którym kierunku umyka aromat lodowy?

A pointy i klamry dostarczy nam wobec umykających aromatów przywołany na wstępie marszałek Borowski: “SdPl ustami Marka Borowskiego proponuje “nowe otwarcie”, które ma jednocześnie oznaczać odrzucenie starych szyldów. Według lidera SdPl “w Polsce wyborców o lewicowych przekonaniach, jest około 25-30 procent”. - Oni są wszędzie, trzeba do nich dotrzeć, to również młodzi ludzie. Trzeba stworzyć nowy zespół liderski. Powinny to zrobić środowiska pozaparlamentarne: polityczne (Zieloni [podkr.moje Rolex], Partia Kobiet) czy pozapolityczne (Krytyka literacka)”

(za onet.pl)

http://wiadomosci.onet.pl/1739486,11,kryzys_lewicy_trwa_od_2003_roku,item.html

Wot, strateg!

Pozdrawiam!

Następna strona »

Blog at WordPress.com.